|
Blog > Komentarze do wpisu
Umowa przedwstępna i słowo o agencjachUmowę podpisaliśmy wczoraj. Wcześniej długo, ale to długo negocjowaliśmy. Nasza sytuacja była dość szczególna: ofertę sprzedaży mieszkania podesłała nam agentka, która jej nie prowadziła. Klientów, tj. sprzedających prowadzi jej kolega z innego oddziału tej samej agencji. Facet w typie Michała Kamińskiego z PiS-u: nie tylko fizycznie, ale i charakterologicznie. Miodopłynny. Na pierwszym spotkaniu z właścicielami mieszkania, parę tygodni temu, przekonywał nas, jak mało zapłacimy za wymianę kabli. Prawie nic. "Zmieścicie się, Państwo, w dwóch tysiącach". Hahaha ha ha (śmiech w myślach, bo pana naprawdę trudno było przegadać). W tym miejscu słowo o agencjach nieruchomości. Bardzo trudno jest trafić na porządną, spełniającą warunki ofertę nie z agencji. Agenci wyłapują ciekawe oferty w Internecie, a potem kopiują ogłoszenia i publikują je jako swoje. Jeśli dzwoni do nich zainteresowany kupnem, oni oddzwaniają do właściciela i informują go, że mają klienta. Dlatego chcąc uniknąć płacenia darmozjadom (dlaczego darmozjadom – za chwilę) trzeba koniecznie sprawdzać, czy dana oferta nie funkcjonuje gdzieś jeszcze w Sieci – bezpośrednio albo po niższej cenie (często wiele agencji ma tę samą ofertę, ale z różnymi cenami). Czasem agencji się nie uniknie, bo niektóre oferty mają na wyłączność. Jak nasz pan (nazwijmy go, by było łatwiej zapamiętać) Kamiński. Cwany typ nastawiony na wyciśnięcie prowizji – 2 proc. od kupujących i sprzedających, łącznie kilkanaście tysięcy. Nasz Kamiński nie dzielił się ofertą na portalach internetowych, miał ją tylko na stronie swojej agencji, skąd cwaniaczki z innych agencji raczej jej nie wyłapią. Jego koleżanka ofertę tę przekazała nam mejlem po rozmowie ws. innego mieszkania. Oglądając mieszkanie od razu się nim zainteresowaliśmy. Dlaczego darmozjady? Otóż każdy uczciwy człowiek, by wycisnąć kilka tysięcy pracuje. Jak wygląda praca agentów nieruchomości? Połowa pracy: wklejanie ogłoszeń, druga połowa: pokazywanie mieszkań. Na to, by dowiedzieć się cokolwiek o tych mieszkaniach, podzwonić o wspólnotach, wiedzieć, jak jest z remontem, już nie starcza im czasu. Opierają się tylko na informacjach od sprzedających. De facto skupiają się więc na łapaniu potencjalnych dawców prowizji, a na zadowolenie tych, którzy są zmuszeni im płacić, już nie mają czasu. Całą robotę naszych agentów wykonaliśmy my sami: zebranie informacji od wspólnoty i firmy zarządzającej budynkiem, jak będzie z remontami. Piony, okna itd. – to dla nas ważne, bo po zakupie musimy przeprowadzić generalny remont lokalu, dlatego chcemy wiedzieć, jakie plany ma w najbliższym czasie administracja budynku, np. jak jest z wymianą pionów. Okazało się, że mają być wymienione do końca roku. Jak z elektrycznością? Nasi profesjonaliści też nic o tym nie wiedzieli, a w starych kamienicach są często problemy z kablami. Pan Kamiński ograniczył się do pouczenia, że przecież wymiana wszystkich kabli to tak czy siak podstawa i że "nie możemy obciążać sprzedających kosztami remontu". Oto całe info, jakie od niego otrzymaliśmy. W naszym wolnym czasie zarobiliśmy więc dla niego jego prowizję. Fajnie, jeśli nawet słaby agent ma klasę i umie nawiązać kontakt z klientem. Mamy pod tym względem całą masę materiału porównawczego: od udzielającego pouczeń pana z włochatą klatą (nie dopiął koszuli), przez panią "Kowalską Janinę" (nie odwrotnie) – dobrze ubraną i wiedzącą wiele o mieszkaniu, ale średnio rozgarniętą, po panią w dżinsach, która wydawała się zdegustowana faktem, że w lecie mieszkańcy dwumilionowego miasta mogą jeździć na rowerach. "Myślałam, że Państwo samochodem przyjadą…" Dwie-trzy agentki były naprawdę profesjonalne i poważne. To wszystko. Wniosek z dotychczasowych doświadczeń: agencji unikajcie jak ognia. To nie tylko zdziercy, ale i zwykle osoby średnio przygotowane. Wracając do wczorajszej umowy: wzór widzieliśmy wcześniej. Wszystko gra. W umowie warto zwracać uwagę na to, by nie było żadnych dziwnych warunków. By okres jej trwania był na tylko długi, żeby bank miał czas na całą procedurę kredytową (zwykle trzy tygodnie, ale bywa i dłużej). Zadatek, nie zaliczka (zaliczka przepada, jeśli nie dojdzie do zawarcia umowy kupna). Wcześniej ustaliliśmy wysokość zadatku i okres, do kiedy mamy podpisać akt notarialny. Na miejscu państwo właściciele, nasza agentka, ich agent Kamiński i pan mecenas, który wypełniając umowę narobił całą masę błędów. Dogadanie drobnych nieścisłości, podpisy, dokumenty. Do widzenia. Uff… W czwartek zaczynamy zabawę z kredytem. środa, 07 października 2009, nawlasnym
|
|