M jak mieszkanie
Kategorie: Wszystkie | kredyt
RSS
wtorek, 13 października 2009

Doradców mieć warto, najlepiej z różnych dziedzin. My mamy ich kilku, oprócz pana Kredytowego, ale tę dwójkę cenimy szczególnie:

- Brat

Ma wykształcenie budowlańca, co od razu ustawiło go na wysokiej pozycji w hierarchii naszych Doradców. Poza tym jest bratem biologicznym połowy z nas i duchowym drugiej połowy.

Młody i pyskaty, co nie bardzo spodobało się agentowi Kamińskiemu (o agencie Kamiński czytaj we wpisie o agencjach). Tak, tak, przedstawiliśmy mu Brata przy okazji pierwszego spotkania z właścicielami i negocjacji cenowych. Nie przypadli sobie do gustu. Brat wytknął agentowi wszystkie niedoskonałości mieszkania („O, i ta rurka do wymiany”, „O, okienko”, „Schowek nieotynkowany”, „No klatka też pierwsza klasa” – o rozwalonym oknie na klatce). Zasugerował też, że właściwie to oni powinni nam dopłacać za to, że się rudery pozbywają. Przesadził. Polubiliśmy Państwa Właścicieli, bo to fajni ludzie i należy im się kasa za ich ładne mieszkanie. Chcieliśmy tylko, by trochę spuścili.

Brat jest wygadany. To jego wada i zaleta. W przypadku rozmowy z agentem Kamińskim – zaleta. Inną zaletą jest to, że zna się chłopak na murkach, rurkach i innych budowlanych rzeczach: pomoże nam przy projekcie przeniesienia kuchni. Od razu zapowiedział też, co będzie przeszkadzać przy remoncie.

Wadą Brata jako Doradcy jest mała znajomość warszawskich cen nieruchomości, co sprawiło, że miał zbyt duże oczekiwania ws. negocjacji ceny.

Brat ma też doświadczenia z mieszkaniem w kamienicach i uważa, że większość to rudery, które tylko sprawiają problemy. Jego zdaniem, powinniśmy mieszkać w bloku - jasno powiedział, że niepotrzebnie wydajemy kasę na takie widzimisię. W końcu zrozumiał, że ciamajdy i tak kupią ruderę, bo im się spodobała i postanowił ratować ich przynajmniej z tych opresji, z których może. Dziękować, dziękować.

- Przyjaciółka

Nasz Głos Rozsądku i Dobry Duch. Przyjaciółką połowy z nas jest od dawna i tej połowie od niemal równie udziela rad w różnych dziedzinach. Radzić umie. Dodatkowo, tak się akurat szczęśliwie składa, że Przyjaciółka w zeszłym roku wzięła kredyt i nabyła mieszkanie. Czy mogło być lepiej? Na pewno, ale i tak jest dobrze. Perypetie Przyjaciółki - mieszkaniowe i nie tylko - można śledzić na tym blogu.

Bo to właśnie on poleciła nam pana Kredytowego i udzieliła szczegółowych instruktarzy ws.

- o co pytać przy oglądaniu mieszkań,

- jak jest z księgami wieczystymi i innymi papierami,

- jak jest z kredytami,

- jak jest z remontem.

Tak: też remontowała. Panów od remontu (których się boimy), też mamy już zatem poleconych. Uważa, w przeciwieństwie do Brata, że dobrze robimy i że uzyskaliśmy dobrą cenę. Popiera inicjatywę.

Naszych Doradców lubimy i ufamy im, dlatego nie raz pojawią się jeszcze na łamach tego bloga. Będą wcinać się do remontu, zakupów i ustawień, odwiedzać kwaterę już po zakupieniu, pocieszać, gdy będziemy mieli dość. Pojawią się też na parapetówie.

 

17:35, nawlasnym
Link Dodaj komentarz »

Podpisaliśmy umowę, wpłaciliśmy zadatek i pół należności dla agencji. Szafa gra. - Dużo już macie za sobą – powiedziała mama połowy z nas. Jasne…

Zbieramy właśnie papiery, które trzeba dołączyć do wniosku kredytowego. Trochę tego jest: zaświadczenia z pracy, kosztorysy, umowa, akty notarialne, wypisy z księgi, akt ślubu aństwa właścicieli… Taki zestaw do każdego z banku, które wybraliśmy. Kontrolnie. A spośród tych, które będą reflektować, wyłonimy ostatecznego zwycięzcę, z którym pomęczymy się przez ... lat. Im krócej, tym lepiej.

To, co banki różni, to sama oferta kredytowa. Wybierając kredyt, warto wziąć pod uwagę nie tylko marżę, walutę, ogólne warunki umowy (np. możliwość wcześniejszej spłaty). Ale nie tylko. Rozpoczęcie współpracy z bankiem oznacza wydatki i to w dużej mierze w gotówce:

- prowizja od kredytu

- ubezpieczenie brakującego wkładu własnego (jeśli się nie ma wkładu w wysokości minimum 10 proc. wartości mieszkania)

- ubezpieczenie na życie (bank często wymaga wykupienia u siebie)

- opłata za okres, gdy bank nie jest jeszcze wpisany do księgi wieczystej (4-6 pierwszych miesięcy)

To chyba najważniejsze. Doliczając do tego opłaty dla agencji i notariusza oraz podatek wychodzą nam w górnych granicach… prawie 3 dyszki. Oczywiście, wszystko zależy od banku: jedni prawie nie pobierają prowizji, ale doliczają do każdej raty ponad sto zł różnych ubezpieczeń, inni – jak Nordea – każą zapłacić sobie na początku kilka tysięcy, a później specjalnie nie udziwniają.

Tak czy siak, wychodzi kupa kasy. Warto więc mieć dobrego doradcę kredytowego. Naszego pana Kredytowego – poleconego przez Przyjaciółkę – oceniamy na razie na 9 w skali 1-10. Sprawia naprawdę dobre wrażenie, ale czy to tylko wrażenie – przekonamy się w grudniu. I w ciągu ... następnych lat.

Kupując mieszkanie w ogóle warto mieć doradców. My mamy niezłych – o nich w następnym wpisie.

00:18, nawlasnym , kredyt
Link Komentarze (1) »
środa, 07 października 2009

Umowę podpisaliśmy wczoraj. Wcześniej długo, ale to długo negocjowaliśmy.

Nasza sytuacja była dość szczególna: ofertę sprzedaży mieszkania podesłała nam agentka, która jej nie prowadziła. Klientów, tj. sprzedających prowadzi jej kolega z innego oddziału tej samej agencji. Facet w typie Michała Kamińskiego z PiS-u: nie tylko fizycznie, ale i charakterologicznie. Miodopłynny. Na pierwszym spotkaniu z właścicielami mieszkania, parę tygodni temu, przekonywał nas, jak mało zapłacimy za wymianę kabli. Prawie nic. "Zmieścicie się, Państwo, w dwóch tysiącach". Hahaha ha ha (śmiech w myślach, bo pana naprawdę trudno było przegadać).

W tym miejscu słowo o agencjach nieruchomości. Bardzo trudno jest trafić na porządną, spełniającą warunki ofertę nie z agencji. Agenci wyłapują ciekawe oferty w Internecie, a potem kopiują ogłoszenia i publikują je jako swoje. Jeśli dzwoni do nich zainteresowany kupnem, oni oddzwaniają do właściciela i informują go, że mają klienta. Dlatego chcąc uniknąć płacenia darmozjadom (dlaczego darmozjadom – za chwilę) trzeba koniecznie sprawdzać, czy dana oferta nie funkcjonuje gdzieś jeszcze w Sieci – bezpośrednio albo po niższej cenie (często wiele agencji ma tę samą ofertę, ale z różnymi cenami).

Czasem agencji się nie uniknie, bo niektóre oferty mają na wyłączność. Jak nasz pan (nazwijmy go, by było łatwiej zapamiętać) Kamiński. Cwany typ nastawiony na wyciśnięcie prowizji – 2 proc. od kupujących i sprzedających, łącznie kilkanaście tysięcy. Nasz Kamiński nie dzielił się ofertą na portalach internetowych, miał ją tylko na stronie swojej agencji, skąd cwaniaczki z innych agencji raczej jej nie wyłapią. Jego koleżanka ofertę tę przekazała nam mejlem po rozmowie ws. innego mieszkania. Oglądając mieszkanie od razu się nim zainteresowaliśmy.

Dlaczego darmozjady? Otóż każdy uczciwy człowiek, by wycisnąć kilka tysięcy pracuje. Jak wygląda praca agentów nieruchomości? Połowa pracy: wklejanie ogłoszeń, druga połowa: pokazywanie mieszkań. Na to, by dowiedzieć się cokolwiek o tych mieszkaniach, podzwonić o wspólnotach, wiedzieć, jak jest z remontem, już nie starcza im czasu. Opierają się tylko na informacjach od sprzedających. De facto skupiają się więc na łapaniu potencjalnych dawców prowizji, a na zadowolenie tych, którzy są zmuszeni im płacić, już nie mają czasu.

Całą robotę naszych agentów wykonaliśmy my sami: zebranie informacji od wspólnoty i firmy zarządzającej budynkiem, jak będzie z remontami. Piony, okna itd. – to dla nas ważne, bo po zakupie musimy przeprowadzić generalny remont lokalu, dlatego chcemy wiedzieć, jakie plany ma w najbliższym czasie administracja budynku, np. jak jest z wymianą pionów. Okazało się, że mają być wymienione do końca roku. Jak z elektrycznością? Nasi profesjonaliści też nic o tym nie wiedzieli, a w starych kamienicach są często problemy z kablami. Pan Kamiński ograniczył się do pouczenia, że przecież wymiana wszystkich kabli to tak czy siak podstawa i że "nie możemy obciążać sprzedających kosztami remontu". Oto całe info, jakie od niego otrzymaliśmy. W naszym wolnym czasie zarobiliśmy więc dla niego jego prowizję.

Fajnie, jeśli nawet słaby agent ma klasę i umie nawiązać kontakt z klientem. Mamy pod tym względem całą masę materiału porównawczego: od udzielającego pouczeń pana z włochatą klatą (nie dopiął koszuli), przez panią "Kowalską Janinę" (nie odwrotnie) – dobrze ubraną i wiedzącą wiele o mieszkaniu, ale średnio rozgarniętą, po panią w dżinsach, która wydawała się zdegustowana faktem, że w lecie mieszkańcy dwumilionowego miasta mogą jeździć na rowerach. "Myślałam, że Państwo samochodem przyjadą…" Dwie-trzy agentki były naprawdę profesjonalne i poważne. To wszystko.

Wniosek z dotychczasowych doświadczeń: agencji unikajcie jak ognia. To nie tylko zdziercy, ale i zwykle osoby średnio przygotowane.

Wracając do wczorajszej umowy: wzór widzieliśmy wcześniej. Wszystko gra. W umowie warto zwracać uwagę na to, by nie było żadnych dziwnych warunków. By okres jej trwania był na tylko długi, żeby bank miał czas na całą procedurę kredytową (zwykle trzy tygodnie, ale bywa i dłużej). Zadatek, nie zaliczka (zaliczka przepada, jeśli nie dojdzie do zawarcia umowy kupna).

Wcześniej ustaliliśmy wysokość zadatku i okres, do kiedy mamy podpisać akt notarialny. Na miejscu państwo właściciele, nasza agentka, ich agent Kamiński i pan mecenas, który wypełniając umowę narobił całą masę błędów. Dogadanie drobnych nieścisłości, podpisy, dokumenty. Do widzenia. Uff…

W czwartek zaczynamy zabawę z kredytem.

13:19, nawlasnym
Link Dodaj komentarz »

Kupujemy mieszkanie. Nasze pierwsze wspólne. Na razie tylko dla nas, później – dla jeszcze jednej osoby, która – czego nie wykluczamy – może pojawić się na świecie w ciągu najbliższych lat.

To dla nas duże wyzwanie i pierwszy większy zakup.

Dziś podpisaliśmy umowę przedwstępną, dlatego blog ten będzie pozbawiony ważnej część: opisu naszych poszukiwań. Postaramy się trochę o tym wspomnieć – zwłaszcza o przygodach agentach nieruchomości. Mieszkanie zawsze kupi się za jakieś pieniądze, ale kontakt z agentem jest… po prostu bezcenny. Tym bardziej, że obecnie trudno go uniknąć.

Jakie mieszkanie?

Poszukiwaliśmy długo - od czerwca, bardzo pilnie – od początku sierpnia. Mieszkamy i pracujemy w Warszawie, jest nas na razie dwójka plus kot (którego w tym miejscu pozdrawiamy). Dwa pokoje to minimum. Najlepiej trzy. Lubimy Pragę i kamienice z lat 30., kolejne warunki są więc jasne: Praga, najlepiej Stara, kamienica. Ok. 45-50 metrów. Dobry dojazd do centrum.

Po obejrzeniu ok. 15 mieszkań z kilkunastoma różnymi agentami wybraliśmy nasze: dwa pokoje + kuchnia na Pradze Płn. Zamierzamy trochę to wszystko przerobić: zrobić aneks kuchenny w salonie. Kamienica z lat 30., przy jednej z głównych ulic Pragi, dojazd do Centrum w 10 minut, cena korzystna, wszystko prawie jak chcieliśmy. Dziś podpisaliśmy umowę przedwstępną, ale to dopiero początek zabawy: teraz przez parę tygodni będziemy czekać na kredyt, a po otrzymaniu kluczy – robić wielki remont. Boimy się zwłaszcza przygód z panami od remontu. Znajomi zdążyli nas już nastraszyć. Panowie podobno nieźle kosztują i potrafią wycinać równie niezłe numery. Poza tym zakup i remont mieszkania to nie tylko radość zapoznania się z ekipami remontowymi, ale – może ciekawsze – doświadczenia z urzędami: zbieranie papierów, pozwoleń, zgód… Już nie możemy się doczekać.

O tym wszystkim na blogu. Start – dziś.

11:14, nawlasnym
Link Dodaj komentarz »